wtorek, 30 listopada 2010

THERE IS A HELL BELIEVE ME I'VE SEEN IT

potrzebuję żebyś mnie oblewała benzyną i podpalała, spychała z urwiska, obrzucała kamieniami, albo chociaż zabierała kołdrę w nocy. to dlatego, że zaskakująco dużo czasu mogę spędzić w bezruchu bo zasypiam co jakiś czas jak tak sobie jestem i jestem. i wtedy musisz coś takiego zrobić żebym się zerwała na równe nogi  musisz mnie wyrwać ze świadomości żebym uderzyła twarzą o ścianę. inaczej w końcu nie będzie mi się nawet chciało oddychać.











piątek, 26 listopada 2010

they lied to you when they said you couldn't breathe underwater

mój boże, wypadają ci włosy powoli jeden po drugim nie widzisz? jeden po drugim i masz je wszędzie, na ubraniu nawet w ustach i ciągle ci się wydaje że to nie twoje włosy i że w ogóle ich nie ma a to dlatego że wypadanie włosów nie boli.
zamknij oczy i wypijmy za to.

wtorek, 23 listopada 2010

THIS TOWN HAS IT'S CLAWS BURIED IN MY NECK

co czujesz po 14 godzinach lotu? nic. berlin-londyn-madryt-hawana i nie wiesz, czy słońce wschodzi czy zachodzi, dziś czy wczoraj wsiadłaś do samolotu, startujesz, czy lądujesz?
ale wtedy czujesz twarde uderzenie o ziemię, tak twarde że znowu się wznosisz i jeszcze raz opadasz. i nagle znów jesteś świadoma. w hawanie dochodzi 21 ale twój organizm upiera się, że jest 3 nad ranem.
jeszcze nie wiesz jak dużym osiągnięciem jest wydostanie się z lotniska. pierwszą kontrolę przechodzą wszyscy, ale tylko tobie zabierają paszport i nie przepuszczają przez bramkę więc stoisz tak jak ci kazali i przez dwadziescia minut zastanawiasz się co zrobiłaś i co oni zrobią tobie. na pytanie czy jest jakiś problem usłyszysz: może, jeszcze nie wiem. i wtedy masz ochotę się rozpłakać jak dziecko, uciekać jak najdalej, wracać do domu, albo rozpierdolić ich wszystkich. na szczęście okazuje się że nie musisz tego robić- możesz przejść, nadal nie wiedząc dlaczego cię zatrzymano.
myślisz, boże, nareszcie, ale zanim zdazysz odetchnąć okazuje się że coś jest nie tak z twoją walizką. i znowu myślisz, kurwa o co ci chodzi człowieku, ale nie możesz mu tego powiedzieć, bo nie mówisz po hiszpańsku. próbujesz więc dogonić strażnka ciągnącego twoją walizkę, gdy nagle okazuje się że nic się nie stało i możesz odejść. więc idziesz.
nie dojdziesz daleko, bo kolejny raz twój paszport musi być sprawdzony.
obowiązkowe kontrole są tylko dwie, ale ty akurat miałaś pecha.
już widzisz wyjście, ostatni raz podajesz strażnikowi swój paszport i widzisz to dobrze znane drgnienie w jego twarzy. już wiesz co się będzie działo na zewnątrz.
uderza cię nocne powietrze hawany, cuchnące dymem z cygar, spalinami pięćdziesięcioletnich samochodów i bliżej nieokreślonym kwasem. rozglądasz się i dziękujesz bogu że przed lotniskiem jest więcej przyjezdnych niż miejscowych.

w mieście jest zaskakująco ciemno, światło latarni jest jakby go nie było. wysiadasz z taksówki i słyszysz donośne gwizdnięcie przechodzących koło ciebie murzynów. jesteś biała, świecisz w ciemności.
idąc ulicą mało widzisz, ale słyszysz i czujesz. kubańska muzyka rozbrzmiewa za każdym rogiem, głośny śmiech, rozmowy, czasem niegroźne zaczepki. można pomyśleć, że to naprawdę dobre miejsce do życia. ale towarzyszy ci nieustanne ten charakterystyczny zapach dymu i spalin, a im dalej w głab miasta się zapuścisz tym więcej czujesz stęchlizny i brudu. to miasto jest martwe, ale jeszcze ciepłe. wiatr jest obrzydliwie gorący, przynoszący aurę rozkładu.
następnego dnia wreszcie możesz zobaczyć gdzie się znalazłaś.
i stwierdzasz, że hawana lepiej wygląda po ciemku.
a potem zaczynasz się zastanawiać czy wczoraj w nocy nie wybuchła trzecia wojna światowa.
hawana byłaby najpiękniejszym powstałym kiedykolwiek miastem gdyby tylko nie wyglądała jakby przed chwilą zrzucono na nią bombę. z ręką na sercu. do tego wysoka zabudowa sprawia że słońce nie dociera na ulice nawet w środku dnia.
widzisz arcypiękne, klasycystyczne budynki z kunsztownymi zdobieniami z jakimi nigdy wcześniej się nie spotkałaś. każdy kolejny jest piękniejszy od poprzedniego. pod względem architektury, oczywiście, bo ogólny ich stan sprawia że chce ci się płakać. okna są zamurowane, zabite deskami lub pozasłaniane brudnymi szmatami, ściany tak podrapane, że dziwisz się, że nie krwawią. widzisz otwarte zakratowane drzwi, zza których zionie ciemność i smród tak silny że prawie go widzisz i wtedy uświadamiasz sobie, że tam mieszkają ludzie. w pomieszczeniach bez okien, szerokich na pięć metrów i wysokich na dwadzieścia, w których żal byłoby ci trzymać psa. widzisz ruiny w środku miasta, budynki, w których rosną drzewa, domy koło których boisz się przechodzić. to są właśnie mieszane uczucia. zdewastowane piękno.
ale ciebie to nie musi martwić. jesteś biała, masz pieniądze, nie będziesz głodna, tak jak oni.
co najdziwniejsze, ich też wcale to nie martwi. mijasz mnóstwo ludzi uśmiechniętych, rozmawiających, tryskających czystą radością, śpiewających, tańczących, grających. i zastanawiasz się JAK TO DO KURWY NĘDZY JEST MOŻLIWE ŻE MASZ WSZYSTKO I CAŁE ŻYCIE ROZPACZASZ. inna rzecz, że oni nie wiedzą, czego nie mają.








this town has it's claws buried in my neck


this town - it takes lives without mercy without hate
the streets are in distress
the sun suffocates behind darkened skies